Próby przypomnienia sobie, co działo się w sobotę, spełzły na niczym. Oboje z Anką wstydzimy się zapytać o to Iwony i Krzyśka. Niewykluczone, że oni wstydziliby się nam odpowiedzieć.
Za to mogę z pewnością stwierdzić, że jetlag już mi przeszedł.
Próby przypomnienia sobie, co działo się w sobotę, spełzły na niczym. Oboje z Anką wstydzimy się zapytać o to Iwony i Krzyśka. Niewykluczone, że oni wstydziliby się nam odpowiedzieć.
Za to mogę z pewnością stwierdzić, że jetlag już mi przeszedł.
W drugi dzień Świąt postanowiliśmy pozwiedzać najbliższą okolicę. Wstyd się przyznać, ale przez dwa tygodnie pobytu na wyspie jedyne co robiliśmy, to wsiadaliśmy do samochodu i jeździliśmy na plażę.
To, co zapowiadało się na dwugodzinny spacerek zakończyło się półdniową wyprawą, a to za sprawą mojej żony-biologa, która jest lekko szurnięta na punkcie kwiatów, drzew, ptaków, fotosyntezy, gatunków i innych takich. Mnie z biologii interesuje prawie wyłącznie przekazywanie genów.
- Kolibry to jedyne ptaki, które potrafią fruwać do tyłu - poinformowała Anka swojego męża-ignoranta, kiedy nasza droga zamieniła się w zarośniętą ścieżkę.
Niewiele większe od trzmieli te małe cholery są tak szybkie, że ich fotografowanie spokojnie można okrzyknąć nową dyscypliną sportową. Włączyłem w aparacie zdjęcia seryjne, przestawiłem program na "zawody sportowe" i... na ponad trzysta zrobionych fotek mniej więcej dziesięć procent jest z kolibrem, a z tych z kolei połowa wyszła z wyraźnym kolibrem. Zupełnie nie rozumiem, co biolodzy widzą w tych ptaszynkach, skoro dookoła mają tyle większych.
Krzysiek od rana czujnie zmył się gdzieś z książką i oboje z Anką ponownie zostaliśmy z trójką maślanookich bandytów na karku.
- Plaża? - rzuciłem hasło.
- Plaża, plaża! - zaczęli się przekrzykiwać.
Tym razem postanowiliśmy sprawdzić plażę w stolicy wyspy - Castries. Na miejscu okazało się, że to straszne wygwizdowo i czym prędzej wróciliśmy na prowincję do Rodney Bay.
Trzeba przyznać, że miejscowi wyłażą ze skóry, aby uprzyjemnić turystom pobyt tutaj (rwąca i głęboka rzeka dolców zapewne też ma niejakie znaczenie).
Tak na marginesie: wyspiarze posługują się dolarami wschodniokaraibskimi (o wartości mniej więcej naszego złotego) i zawsze trzeba się dopytywać w jakiej walucie jest wam coś oferowane, bo można się niefajnie naciąć. Poza tym najlepiej od razu wymienić pieniądze na wariaty (tak mędzy sobą nazywamy ichniejsze dolary) w banku i mieć święty spokój ze sprzedawcami, którzy spróbują przekręcić was na kursie.
Na piwo, Pawełku, jesteś jeszcze za młody
Dominik odbywa karę za niegrzeczne zachowanie
Energia rozsadzała dzieci i w końcu postanowiłem coś z tym zrobić. Zaczepiłem gościa od sportów wodnych i zapytałem ile chce za kurs pływającą sofą.
- Dwadzieścia pięć od osoby - odparł, co dawało stówkę za mnie i za pędraki. Anka z góry zrezygnowała z atrakcji wymagających ruszenia się z leżaka.
- Dam ci pięćset dolców, jeżeli dzieciaki nie wrócą - zaproponowałem.
Nie chciał mi pomóc w tej małej dywersji, wobec czego zbiłem cenę do siedemdziesięciu pięciu.
Krótko po rozpoczęciu rejsu okazało się, że facet w motorówce to kamikadze, który w dodatku postanowił odegrać się za dolary utracone w wyniku negocjacji. Na zakończenie naszego rejsu, który częściowo był lotem, i tak udało mu się zatopić sofę razem z zawartością. Uwielbiam poczucie humoru u innych.
Nawet dzieci wydawały się wystraszone i przez godzinę zachowywały się poprawnie, więc może opłaciło się.
Wczesnym popołudniem podjąłem drugą próbę sabotażu. W pierwszy dzień Świąt knajpy przy plaży były pozamykane, co skwapliwie wykorzystali tubylcy z inicjatywą, którzy porozstawiali tutaj swoje grille, kociołki i patelnie. W menu było akurat to, o co zapytał głupi biały turysta. Spryciarze.
W każdym razie o żadnej higienie przy przyrządzaniu tych posiłków nie mogło być mowy.
- Mają tutaj hamburgery, fishburgery i hotdogi - rozpocząłem nęcenie.
Na trzech dziecięcych buziach natychmiast odmalował się zachwyt przeplatany z uwielbieniem. Niestety ciotka Anka, która jest wielką humanistką, przejrzała moje plany.
- Obiad zjemy w domu - zadecydowała.
Cóż, przynajmniej wieczory należą do nas. Jak w piosence Bloodhound Gang:
You and me, babe, ain't nothing but mammals,
so let's do it like they do on the Discovery Channel.
Siedzimy sobie z Anką na plaży pod parasolem i pilnujemy nie naszej szarańczy kąpiącej się w Morzu Karaibskim. Jest trzydzieści stopni, słońce świeci jak opętane, jakiś ziomal chce mi sprzedać działkę marihuany, inny wciska mi cepelię z orzecha kokosowego. A wszystko to w dzień wigilijny.
Pijacki sen wariata? Surrealizm? Nie, to podróż poślubna na Karaiby!
Z pogodą bywa tutaj bardzo różnie i bardzo dziwnie. Właśnie miałem przewrócić się z brzucha na plecy, kiedy spadł deszcz. Na szczęście mieliśmy spory parasol, więc schroniliśmy się nie tylko sami, ale zaprosiliśmy również jakąś Amerykankę z córką.
Wymiana uprzejmości, a skąd jesteście i tak dalej. Konwersację zostawiłem Ance. Po pięciu minutach przestało lać, a po kolejnych pięciu cała amerykańska wycieczka wiedziała już, że jesteśmy w podróży poślubnej i przy okazji opiekujemy się trójką dzieci, których mama zachorowała. Zdaje się. że w USA za coś takiego grozi udział w jakimś znanym talk-show, ale nas na szczęście nic takiego nie spotkało.
Przy okazji odświeżyłem sobie wiedzę z zakresu prędkości roznoszenia plotek przez kobiety.
Po powrocie do domku Anka zarządziła zupełnie poważne przygotowania do wieczerzy wigilijnej. Z tej okazji została ubrana choinka.
Następnie zaatakowana została kuchnia. Mieliśmy zakupione jakieś nieprawdopodobne zapasy świeżej ryby, głównie dorady, którą Krzysiek miał przygotować na grillu, ale wiał zbyt mocny wiatr i trzeba było skorzystać z piekarnika w kuchni.
Ostatecznie na stole znalazły się same tradycyjne poprawy: sałatka ziemniaczana z bananów, ryż z szafranem i dorada z piekarnika. Po wstępnej degustacji ryba została wycofany z kolacji. Okazało się, że przy porywistym wietrze Krzysztof traci swój talent kulinarny.
Później dzieciaki wyciągnęły spod choinki prezenty,a jeszcze później ciotka Anka z wujkiem Arturem udali się na zasłużony wypoczynek.
Wesołych Świąt!