2 stycznia 2009

Dzień 18

Dzisiaj przylecieli Anka z Darkiem. Jak tak dalej pójdzie, utworzymy na wyspie mniejszość narodową i zażądamy przywilejów.

Oboje z Anką wybraliśmy się na lotnisko tą samą trasą, co wczoraj. Na lotnisku moja żona zareagowała strasznie nerwowo, gdy chciałem zacząć robić zdjęcia.

- Nie masz szczęścia do lotnisk, nie wychylaj się - zażądała.

Tak więc - sorry, guys - dzisiaj zdjęć z wyspy nie będzie.

Na lotnisku zetknęliśmy się z kolejnym przykładem wyspiarskiego "live slow" - samolot był spóźniony już ponad pół godziny, a na ekranie monitora w poczekalni wciąż świecił się napis "On time".

Przy kolacji i po pierwszej butelce wina uświadomiliśmy sobie, że powstał drobny problem logistyczny - pod jednym dachem mamy teraz trzy Anie. Jak je rozróżniać? Druga butelka przyniosła zalążek rozwiązania - ponumerujmy je! Wszystkie trzy stanowczo zaprotestowały; widocznie każda chciała być numerem jeden. Dziwne są te kobiety.

Po kolejnych dwóch butelkach i kilku innych pomysłach osiągnęliśmy porozumienie: od teraz mamy małą Anię, Anię darkową i Anię arturową. Sprytne, co? To niewątpliwe zwycięstwo synaps nad związkami etylowymi postanowiliśmy uczcić piątą butelką wina.

Następnego dnia rano strasznie żałowałem, że nie związałem się z jakąś Marcychną.

1 stycznia 2009

Dzień 17

Dziś Nowy Rok. Postanowiliśmy spędzić go na kolejnej wyprawie w nieznane. Tym razem na atlantycką stronę St. Lucii.

Przezornie sprawdziliśmy stan baku naszego autka, ponieważ nie wiedzieliśmy, jak wyspiarze świętują: wszyscy, czy też są tacy, którzy pracują, aby świętować mógł ktoś. Byli tacy.

Zatankowani do pełna ruszyliśmy przez Castries na wschód. Znów plantacje bananowe, potem las deszczowy z drzewiastymi paprociami. Całe szczęście, że nie jestem botanikiem, bo Artur musiałby pewnikiem zostawić mnie w krzakach przy drodze i litościwie odebrać w drodze powrotnej.

P1010976

P1020083

Widoki po atlantyckiej stronie wyspy są inne - klimat jest tu chyba bardziej surowy (o ile w tych warunkach można mówić o takowym...). Silne wiatry znad oceanu powodują karłowacenie roślin i przesuszają glebę. Pojawiają się nawet sukulenty. Ale i tak jest pięknie...

P1020035

P1020040

P1020039

P1020059

Po  mniej wiecej godzinie dotarliśmy do Fort Vieux, gdzie dopadła mnie nagła potrzeba kąpieli w Atlantyku. Jak kiedyś komuś wspomnę, że w Nowy Rok kąpałam się w oceanie, to niechybnie pomyśli, że zapisałam się do Klubu Morsa. Uczciwie powiem, że woda miała około 28 stopni Celsjusza.

P1020064

P1020066

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Ogrodzie Botanicznym.

P1020080 

P1020094

P1020095

P1020109 

P1020113

W Ogrodzie znaleźliśmy małą knajpkę serwującą napoje i gorące kanapki. Zamówiliśmy lunch, a na deser ciasto bananowe. Nie wspomnę, że obsługa działa tu z iście wyspiarskim spokojem i we własnym tempie. To mnie już nie dziwi. Kiedy w końcu kanapki i ciasto zlądowało na naszym stoliku, na pobliskim krzaczku (nasz stolik stał na werandzie w ogrodzie) pojawiła się lokalna wersja wróbla i zaczęła głośno domagać się swojego udziału w posiłku. Ptaszyna z wdzięcznością przyjęła kawałek tosta, ale najwyraźniej miała chęć na ciasto. Kiedy Artur poczęstował Ćwirka kawałkiem, zaczęły się dziać rzeczy dziwne.

Na drewnianej podłodze pojawiła się niewielka jaszczurka, głośnym tupotem przegoniła znacznie większego od siebie ptaka i zaczęła łakomie zerkać w stronę ciasta.

W błyskawicznym tempie zrewidowałam swoją wiedzę w zakresie upodobań kulinarnych gadów i w żaden deseń w ich menu nie znalazłam ciasta bananowego.

Nie wiem, czy to ta wyspa, czy może nie jestem już w stanie odróżniać jawy od sennych mar, ale jaszczurka zaczęła z głośnym mlaskaniem wcinać ciacho. Zdjęcie nie jest najlepszej jakości, bo trzęsły mi się ręce.

P1020099

Potem przyszli Japończycy z aparatami i jaszczurka uciekła. Może i dobrze?

31 grudnia 2008

Dzień 16

Dziś wyprawa do Soufriere - wg przewodników - jednego z najpiękniejszych miejsc na wyspie. My najbardziej chcieliśmy zobaczyć, wybaczcie spolszczenie, Pitony (Petit Piton i Gros Piton) - dwa wierzchołki wulkaniczne wyrastające wprost z Morza Karaibskiego, wysokie na ponad 700 m. Zapakowaliśmy się do autka i jazda!


Pamiętam, że zaraz po naszym przyjeździe próbowałam dowiedzieć się, dlaczego do naszego domu przyjechaliśmy z lotniska dłuższą trasą. Okazało się, że krótszą trasą nie jeździ się po zmroku i kropka. Miałam się przekonać, dlaczego.


Minęliśmy bananowe plantacje w pobliżu Castries i tuż za nimi zaczęliśmy się modlić. Błogosławiliśmy napęd 4x4 i automatyczną skrzynię biegów. Dość powiedzieć, że asfaltowa drożynka wije się w przypadkowy sposób tuż nad krawędzią urwiska, w dole jest tylko las deszczowy, a na dalekim dnie - Morze Karaibskie. Nie wiem, co bardziej zapiera dech w piersiach - widoki, czy strach przed swobodnym spadaniem.

P1010871

P1010889

P1010891

Po drodze zatrzymywaliśmy się co chwila, żeby robic zdjęcia. Może dlatego do Soufriere jechaliśmy 3 godziny, a z powrotem - półtorej... Pierwszy raz widziałam kwiat bananowca, który jest wielki, ciężki i nie pachnie. Bukietem możnaby powalić średniej wielkości krowę.

P1010900

P1010911

Wiem również, że nie można rozkładać leżaka pod palmą kokosową, na której sa dojrzałe orzechy. Jest to niezdrowe na zęby i inne części ciała, natomiast rewelacyjnie ćwiczy refleks. Nieważne, że palmy są piękne i dają cień.

P1010905

P1010902

Kiedy już przestaliśmy liczyć ostre zakręty i strome podjazdy, za jednym z nich ukazały się Pitony.

P1010912

P1010913

Zdjęcia są zamglone, ale nie z powodu brudnego obiektywu, lecz ulewnego deszczu tropikalnego. W końcu las deszczowy bierze skądś swoją nazwę...

P1010943

P1010935

P1010947

P1010955

P1010958rev

P1010962

Wyspiarze mają zamiłowanie do nadawania łodziom rybackim oryginalnych nazw. Na początku mnie to dziwiło, teraz kolekcjonuję zdjęcia. Oto mała próbka fantazyjnego nazewnictwa nie tylko jednostek pływających.

P1010946

P1010954

P1010964

P1010548 

I na koniec:

P1010945

P1010984

P1020100

Nie wiem, ile lat miała  Madame de Micoud, ale niewiele po niej zostało...

 

Aha - dziś Sylwester. U nas - opcja: butelka szampana i podziwianie fajerwerków nad Atlantykiem. Na dwa ognie - z St. Lucia i Martyniki.

Najlepsze życzenia!

30 grudnia 2008

Dzień 15

Zdaje się, że pisanie bloga z poślizgiem nie wychodzi mu na dobre. W poprzednim poście pominąłem jedno wydarzenie, więc zacznę od uzupełnienia.

Wczoraj rano zerwałem dzieciaki na równe nogi o szóstej rano, ponieważ poprzedniego dnia umówiliśmy się, że pójdziemy fotografować wschód słońca nad Atlantykiem. Dla dzieci była to niesamowita impreza, tym bardziej, że pozwoliłem im ograniczyć poranną higienę do umycia zębów (pełny prysznic po powrocie), co zostało przyjęte aplauzem. Chyba będę fajnym ojcem.

Efekty porannej wyprawy na wschodnie wybrzeże możecie podziwiać na zdjęciach.

P1010572

P1010588

P1010595

Wynajętym samochodem udaliśmy się na naszą pierwszą samodzielną wyprawę w głąb wyspy. Żadna mapa nie jest w stanie przygotować kierowcy na doznania z jazdy po tym górzystym i porośniętym lasem subtropikalnym terenie. To nie tyle zastrzyk adrenaliny, co raczej ciągła kroplówka z tego hormonu.

Miejscowi mają trochę racji odradzając turystom samodzielną jazdę zachodnią autostradą (z przyczyn, których do tej pory nie potrafię odgadnąć, każda dwupasmowa asfaltowa droga jest tutaj nazywana autostradą). Zaraz za Castries droga biegnie przez jakiś czas w miarę równo, usypiając czujność kierowcy i pobudzając pasażera, który może podziwiać ogromne plantacje bananów. Co kilkaset metrów stali miejscowi, u których można zaopatrzyć się w owoce. Pierwszy raz w życiu jadłem banany zerwane przed chwilą z drzewa. Niesamowite.

P1010766

P1010782

Po minięciu terminala dla tankowców z ropą naftową zrobiło się naprawdę ciekawie. Droga zrobiła się bardziej kręta i stroma. Z lewej strony mieliśmy skaliste zbocza porośnięte paprociami drzewiastymi (krzyk Anki, bo w Polsce można je zobaczyć wyłącznie w formie skamielin), z prawej - dwudziestometrowa przepaść z piętnastometrowymi palmami, kawałek dalej widok na Morze Karaibskie (kolejny okrzyk zachwytu).

P1010792

Marigot Bay

P1010879

P1010893

Siedząc po niewłaściwej stronie samochodu, jadąc pod prąd i mając po swojej lewej wrzeszczącą żonę, zagłębiłem się w dżunglę. Ciasne zakręty po sto osiemdziesiąt stopni ostro w górę lub ostro w dół w pewnym momencie stały się normą. Oczywiście o żadnych barierkach ochronnych nie mogło być mowy, za to wzdłuż całej trasy po jednej stronie ciągnął się głęboki kanał burzowy. Miejscowi jeżdżą tutaj tak, jakby części samochodowe były na wagę złota, w związku z czym drastycznie ograniczają zużycie hamulców i świateł, nie oszczędzają za to na klaksonach.

Kiedy w końcu oczy przestały wychodzić mi z orbit i tętno spadło poniżej dwustu uderzeń, doszedłem do wniosku, że pijani projektanci dróg przekazali plany pijanym robotnikom, których pilnował pijany nadzór, a jakiś wesołek na końcu tego łańcuszka nakazał kierowcom jeździć na trzeźwo.

Zajechaliśmy w pobliże wioski rybackiej Anse La Raye. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby zamiast "Highway" na drogowskazie wybrać "Local Traffic". Wjechaliśmy w środek chaosu i smrodu ryb.

P1010989

Anse La Raye

Uliczki były takiej szerokości, że żeby się minąć z innym pojazdem, trzeba było składać lusterka. W centrum wioski ktoś chyba remontował sobie chałupę, bowiem dwie ciężarowki z cegłami i jedna z gruzem kompletnie zablokowały przejazd. Kiedy chciałem wycofać auto, we wstecznym lusterku zobaczyłem zupełnie przyzwoity korek. Po mniej więcej pół godzinie budowlańcy zakończyli rozładunek i można było jechać dalej.

I wiecie co? Przez cały ten czas nikt nie zatrąbił, nikt nie krzyknął ani w inny sposób nie okazał zniecierpliwienia. Spróbujcie tej samej sztuczki w Polsce, a poźniej możecie nazywać St. Lucię krajem Trzeciego Świata.

W każdym razie w końcu się oswobodziliśmy, znaleźliśmy miejsce na zaparkowanie auta i udaliśmy się na zwiedzanie. Sympatyczna sprzedawczyni ciuchów na rynku, kiedy już dowiedziała się o naszej podróży poślubnej, zaczęła udzielać Ance rad.

- Bierz się za rodzenie dzieci, kochanie. Ja mam szóstkę i dopiero czterdzieści sześć lat - oznajmiła dumnie. Moim zdaniem wyglądała na nie więcej niż trzydzieści pięć. - Pierwsze urodziłam mając trzynaście lat.

Później poznaliśmy Johna rybaka.

P1010775

Zgodne z tym, co mówi John, wioska liczy pięć tysięcy mieszkańców i prawie wszyscy utrzymują się z połowu ryb. Pokazał nam w jaki sposób robi się łodzie na modłę kreolską, z jakich drzew i tak dalej. Strasznie sympatyczni są ludzie tutaj.

W drodze powrotnej do domu zahaczyliśmy o fryzjera. Poprosiłem faceta o czarne dredy do ramion, ale chyba mnie nie zrozumał. Bariera językowa to straszna rzecz.

P1010831