22 grudnia 2008

Dzień 7 okiem aparatu

P1010001

P1010003

P1010030

P1010015

P1010018

P1010035

P1010040

P1010043

P1010051

P1010055

P1010058

P1010065

P1010069

P1010071

P1000920

P1000923

P1000589

P1000616

Dzień 7

Z racji tego, że Iwona potrzebuje odpoczynku, postanowiliśmy kontynuować naszą zabawę w rodziców. Energia rozsadzała "nasze" dzieci, zatem należało ją w rozsądny sposób skanalizować. Nic tak nie męczy dzieci, jak solidna dawka ruchu, więc wybraliśmy się na plażę.

Pierwsza awantura rozegrała się o to, na którą plażę jechać. Jako że wyspa z jednej strony obmywana jest wodami Atlantyku, a z drugiej - Morza Karaibskiego, wybór był spory. Troje dzieci - w przybliżeniu 27 różnych koncepcji. Na szczęście nie polała się krew. Jedziemy na Pigeon Island, czyli na cypel, który z każdej strony ma inny akwen.

Na drugą chryję nie trzeba było długo czekać. Pominąwszy mały spór o to, kto ma gdzie siedzieć w aucie, było w zasadzie nudno. Plaża (dodam, że płatna, bo na terenie zabytkowego fortu) nie spełniała niestety wysokich oczekiwań naszej trójki. Nie było fal. A po atlantyckiej stronie są. Rekiny również, wiec zostajemy nad Morzem Karaibskim. Mała awanturka o leżaki i możemy rozpocząć wypoczynek. Zapnijcie pasy...

Na plaży bez fal jest nudno. A co robią dzieci, kiedy jest nudno? Zabijają nudę i mój święty spokój. Najlepiej ochlapać każdego amerykańskiego turystę (no problem, ma'am), rzucić kamieniem w brata, rozłupać orzecha głazem i straszyć synogarlice głośnym wrzaskiem. Kocham plażę...

Artur widząc rozwój sytuacji dramatycznie zapragnął być przez chwilę sam, więc zamiast leżeć ze mną i walczyć z narastającą entropią, udał się na spacer. Jeśli dodam, że to 20 minutowa wspinaczka na wzgórze w 30-sto stopniowym upale wiecie, jak bardzo był zdesperowany. Poszedł. Teraz ja albo one.

Na szczęście plaża, a w zasadzie morze miało coś, co na chwilę zajęło naszą uroczą trójkę. Kolorowe rybki! To lepsze, niż telewizor z filmem "Gdzie jest Nemo?". Jest spokój, wrócił Artur. Posiedział chwilę i w końcu wymamrotał, że niedaleko jest jakaś jaskinia i nie daruje sobie, jeśli jej nie zobaczy. Idź...

Tymczasem Nemo z kolegami musiał już być na Trynidadzie, bo dzieci znudzone wyległy na brzeg. Wrócił Artur ze skwaszoną miną, bo jaskinia jest podwodna.

Czas wracać. Na okrasę maleństwa posprzeczały się o pełną fal plażę Atlantyku. Nic nie szkodzi, w końcu mam być kiedyś mamą.

Moja torba plażowa wydała mi się dziwnie ciężka w drodze powrotnej. Na miejscu okazało się, że Dominik zabrał z plaży odłamki rafy koralowej na pamiątkę. Chyba chce długo pamiętać, bo było tego z 5 kilo. Nie szkodzi, poniosę. Chciał jeszcze dorzucić parę kapsli po piwie. Kocham dzieci!

Po powrocie dzieci głodnym wzrokiem zerkały na kuchnię. Bez szemrania ugotowałam cały gar spaghetti, wydałam obiad i padłam. Nie ma to jak porządnie skanalizować energię.

Dzień 6

Dzień został zdominowany przez dwa wydarzenia: 1) wróciła Iwona, razem z nią rzecz jasna Krzysiek, więc dzieci stały się ostrożniejsze oraz 2) ciśnienie wody w kranach od rana wyraźnie spadało. Oba wydarzenia są powiązane ze sobą w taki sposób, że Iwona potrzebuje stałych okładów z lodu, toteż kiedy wody całkiem zabrakło, przystąpiliśmy do działania.

Krzysiek wyszukał w książce telefonicznej hydraulika. Z geograficznego punktu widzenia Gros-Islet jest prawdziwym zadupiem i jeżeli ktoś nowy ma nas odwiedzić, to trzeba się z nim umawiać przy klubie golfowym na południowym skraju wioski i stamtąd eskortować do nas do domu.

Facet obiecał przyjechać, a my w tym czasie dokonaliśmy oględzin domowej instalacji hydraulicznej. Wszystko wyglądało OK, więc na wszelki wypadek przeszliśmy się do sąsiadów, aby sprawdzić czy problem z wodą nie jest bardziej ogólnej natury.

Tak na marginesie: Katie i Martin - nasi sąsiedzi - to świetni ludzie. Martin jest Szwedem, a Katie pochodzi stąd. Oboje z trójką dzieci mieszkają tutaj przez okrągły rok, z wyjątkiem pory huraganów, którą na wszelki wypadek przeczekują w Szwecji. Jak na milionerów są strasznie sympatyczni i pomimo tego, że każde z nich jest po czterdziestce, wyglądają na dwudziestolatków. Być może przeniosę się tutaj, zanim zacznę przypominać suszonego pomidora.

W każdym razie oboje przejęli się naszą sytuacją i przyszli z wizytą. Akurat Krzysiek zdążył wrócić - bez hydraulika, który w międzyczasie dzwonił z radosną informacją, że już do nas wyjeżdża. Jaja porobiły się jeszcze większe, gdy Martin odkrył, że hydrofor jest odłączony, a w jego miejsce do prądu podłączona jest instalacja basenowa. W poniedziałek urządzamy zawody w strzelaniu do faceta od basenu.

W domu z powrotem zapanował ład. Godzinę i jedną butelkę wina poźniej, kiedy już zdążyliśmy się z Martinami wzajemnie pozapraszać na imprezy, do drzwi zapukał... hydraulik. Widząc żądzę mordu w oczach Krzyśka, Katie przejęła inicjatywę i urządziła facetowi wykład na temat punktualności. Sądzę, że słyszano ją na sąsiedniej Martynice.

21 grudnia 2008

Dzień 5

Iwonę zatrzymali w szpitalu, Krzysiek był zajęty przy niej, więc ciocia Ania i wujek Artur zajęli się wychowywaniem trójki potworów. Dla nas to żaden problem - w końcu chcemy mieć swoje dzieci. Tak czy nie?

Mała Ania skończyła 13 lat i niedawno wkroczyła w ten wiek, więc możecie sobie wyobrazić. Pawełek zachowuje się zgodnie z zasadami mechaniki kwantowej, czyli musi być równocześnie w co najmniej dwóch miejscach. A Dominikowi tylko przez przypadek zdarzy się powiedzieć prawdę. Horror, co?

P1000569
P1000570 
P1000568

Dzieciaki są jeszcze oszołomione zmianą otoczenia, wszystko tutaj jest dla nich nowe, od płatków śniadaniowych poczynając, na kolegach i koleżankach z podwórka kończąc, w związku z czym trzeba mieć oczy dookoła głowy, żeby przypilnować tych małoletnich złoczyńców.

Już około południa oboje z Anką mieliśmy dość roli rodziców.

- Zastanowimy się nad tym jeszcze - powiedziała.
- Dwa psy nam wystarczą - zgodziłem się z nią. - Albo jeden duży.

Najgorsze w wychowywaniu dzieci jest to, że samemu trzeba świecić przykładem, pomyślałem wieczorem kładąc się zmordowany do łóżka.