21 grudnia 2008

Dzień 5

Iwonę zatrzymali w szpitalu, Krzysiek był zajęty przy niej, więc ciocia Ania i wujek Artur zajęli się wychowywaniem trójki potworów. Dla nas to żaden problem - w końcu chcemy mieć swoje dzieci. Tak czy nie?

Mała Ania skończyła 13 lat i niedawno wkroczyła w ten wiek, więc możecie sobie wyobrazić. Pawełek zachowuje się zgodnie z zasadami mechaniki kwantowej, czyli musi być równocześnie w co najmniej dwóch miejscach. A Dominikowi tylko przez przypadek zdarzy się powiedzieć prawdę. Horror, co?

P1000569
P1000570 
P1000568

Dzieciaki są jeszcze oszołomione zmianą otoczenia, wszystko tutaj jest dla nich nowe, od płatków śniadaniowych poczynając, na kolegach i koleżankach z podwórka kończąc, w związku z czym trzeba mieć oczy dookoła głowy, żeby przypilnować tych małoletnich złoczyńców.

Już około południa oboje z Anką mieliśmy dość roli rodziców.

- Zastanowimy się nad tym jeszcze - powiedziała.
- Dwa psy nam wystarczą - zgodziłem się z nią. - Albo jeden duży.

Najgorsze w wychowywaniu dzieci jest to, że samemu trzeba świecić przykładem, pomyślałem wieczorem kładąc się zmordowany do łóżka.

20 grudnia 2008

Dzień 4

Nowe otoczenie wymaga stosowania się do nowych reguł. Jedną z nich poznaliśmy zaraz po pierwszym posiłku: naczynia należy myć od razu po jedzeniu. Kilkuminutowa zwłoka sprawi, że pod kranem polegnie dywizja mrówek, które są tutaj obecne wszędzie, ale nikt się nimi nie przejmuje, ponieważ są całkowicie nieszkodliwe. Ot, zwykli sąsiedzi.

- Mleka z opakowania nie upiją. - wyjaśniał nam Krzysiek - Ale mogą podprowadzić całą puszkę.

Kolejna reguła dotyczy ścielenia łóżka. Otóż nie należy zawijać prześcieradła pod materac.

- Łatwiej jest wytrząchnąć robactwo, które może tam wpełznąć - wyjaśnił nasz nieoceniony mentor. - I skorpiony - dodał po chwili.

Bydlak. Nigdy nie wiadomo kiedy żartuje.

Iwona nie czuła się dzisiaj zbyt dobrze, więc zostawiliśmy ją w domu i w szóstkę wybraliśmy się na plażę. Pas piachu zapełniony rzędami leżaków i poprzetykany parasolami znajduje się nad Morzem Karaibskim, które jest tak samo ohydne w smaku jak Atlantyk. Na leżakach wygrzewają się turyści, a pomiędzy nimi kręcą się tubylcy, do każdego zwracający się per "boss" i  przynoszący drinki z pobliskich knajp. Moja żona zamiast piwa zamówiła orzechy kokosowe, a ja - zaczynam się już do tego przywyczajać - wylosowałem nadpsuty.

Wskoczyłem do wody. Inni kąpiący się pozostawali w odległości nie większej niż trzech metrów od brzegu, więc raźno machając kończynami oddaliłem się na dobrych pięćdziesiąt metrów. Woda była ciepła i w miarę spokojna, wokół mnie żywej duszy, ale w pewnym momencie przypomniałem sobie, że jestem w tropikach. Gdyby coś otarło się o mnie pod wodą, roślina czy cokolwiek innego, chyba bym zwariował ze strachu. Sprintem puściłem się z powrotem w kierunku plaży.

Na brzegu turyści urządzili mi owację, a tubylcy pukali się znacząco w czoła. Żartowałem.

P1000868
Luksusowa łajba Johnny-ego Deppa

Po powrocie do domu okazało się, że stan Iwony pogorszył się na tyle, że potrzebny jest lekarz. Od kilku miesięcy dokuczała jej rwa udowa, czyli ucisk nerwu w nodze. Nie jest to coś groźnego dla życia, ale powoduje niesamowity ból.

Krzysiek zadzwonił do Kelvina i poprosił o ściągnięcie lekarza. Niezależnie do tego sam zaczął obdzwaniać lokalne kliniki korzystając z książki telefonicznej. Po mniej więcej półgodzinie przyjechał medyk z pielęgniarką (oboje hebanowi). Iwona dostała zastrzyk, ból zelżał, Krzysiek złapał recepty i pojechał do miasta wykupić lekarstwa.

Wszystko to razem trwało około dwóch godzin. Zadzwonił telefon.

- Znalazłem lekarza - oznajmił mi Kelvin przez słuchawkę.

Grzecznie podziękowałem i wprowadziłem go w bieżącą sytuację. W tym momencie w głowie sformułowała mi się kolejna reguła pobytu na wyspie: nigdy nie proś faceta z agencji nieruchomości o sprowadzenie lekarza, bo zdążysz się przekręcić, zanim ten znajdzie medyka gotowego odpalić mu prowizję.

O północy przestał działać zastrzyk i pozostałe prochy, więc zapadła decyzja o zawiezieniu Iwony do szpitala. Krzysiek i Anka zapakowali się do ambulansu, ja zaś pozostałem na posterunku, to jest na kanapie w salonie, odstraszając potencjalnych intruzów głośnym chrapaniem.

19 grudnia 2008

Dzień 3

 

Siedzieć 50 m od brzegu Atlantyku i nie skosztować świeżej ryby to gorzej, niż zbrodnia, więc z niewielką pomocą tubylców zlokalizowaliśmy targ rybny w Castries (stolica St. Lucia). Prawdę mówiąc trafilibyśmy za nosem, ale może się czepiam. Nie wiem jakie jest zdrobnienie od słowa "targ" (tarżek?), ale żeby go opisać, mniejsze słowo jest bardziej na miejscu.

 

P1000834

Z kolei mówić "jacht" o urządzeniu stanowiącym tło powyższej fotografii to również mała pomyłka. Ale lokalni pokochali kontrasty i nic nie można z tym zrobić.

Smak na rybę chodził za nami od rana, ale mieliśmy na myśli coś większego, niż latające ryby (serio!) oferowane przez rybaka mówiącego mieszanką angielskiego i kaszubskiego z uroczym portugalskim zaśpiewem.

P1000835

Co do świeżości towaru nie można było mieć wątpliwości, bo parę sztuk odleciało z powrotem do Morza Karaibskiego.

Ale były również i grube ryby. Te na szczęście nie latały, bo mogłyby stanowić zagrożenie dla samolotów.

P1000855

Właśnie o coś takiego nam chodziło. Krzyś wziął na siebie uzgadnianie ceny, ja tymczasem pochłaniałam oczami lokalną hydrofaunę. Bo jak często można podziwiać półtorametrowe dorady (przez tubylców nazywane mai-mai) czy tuńczyka bez sosu własnego, w całej okazałości?

Poprosiliśmy sprzedawcę, żeby sprawił dla nas ryby i tu kolejny zachwyt - sprawności posługiwania się nożem mogą mu pozazdrościć pierwszoligowi chirurdzy. 

P1000857
Tuńczyk na ostrzu noża...

P1000856 
Dorada

P1000851 
Siostro, skalpel!

P1000854 
I smutny koniec tuńczyka... Przedni koniec...

Moi panowie z uwagą obserwowali zmagania naszego sprzedawcy z naturą, ale kiedy napięcie sięgnęło zenitu musieli "zapalić". Z racji tego, że jakiś czas temu obaj rozstali się z nałogiem, używali substytutów "dymka" w postaci małych, białych pigułek z nikotyną. Każdy wpakował sobie tabletkę pod język i sekundę później na ich obliczach zagościł błogi uśmiech zadowolenia. Całą scenę z ukosa obserwował nasz sprzedawca. Skojarzył fakty, uśmiechnął się i pokiwał głową z uznaniem.

- No problem!

W końcu Jamajka jest rzut beretem stąd.

Ostatecznie sama zaczęłam się zastanawiać, czy to klimat nie uderzył mi do głowy, bo w drodze powrotnej pojawiły się łodzie o dziwnych nazwach

P1000866

P1000867

... a potem kury siedzące na drzewie.

P1000865

P1000859

Ale chyba wczuwam się powoli w klimat wyspy, bo dla mnie to "no problem'...

Dzień 2

Dzisiaj wpadł do nas Kelvin razem ze swoim smutnym ziomalem z wypożyczalni samochodów i lżejsi o czterdzieści dolców bezstresowo zdaliśmy egzamin na prawo jazdy. Co za wspaniały kraj.

Kelvin pracuje w agencji nieruchomości, przez którą wynajęliśmy dom. Facet wiecznie uśmiechnięty, w zasadzie na drugie powinien mieć "No problem" i nawet niespecjalnie maskuje to, jak łupi turystów. Smutny facet z wypożyczalni samochodów z całą pewnością musiał odpalić mu prowizję, podobnie ogrodnicy i panie, które pomagają okiełznać chaos generowany przez trójkę rodzeństwa, dzieci Iwony i Krzyśka.

- A gdybyśmy chcieli wybrać się z przewodnikiem po wyspie, to kogo byś polecił? - zapytałem Kelvina.
- Zadzwońcie do mnie, to przyślę swojego kuzyna z własnym autem - odparł pan No Problemo. O co zakład, że kuzyna również złupi z prowizji?

Tak dla wyjaśnienia: na wyspie obowiązuje ruch lewostronny. Dodajcie do tego fakt, że wynajęta bryka ma automatyczną skrzynię biegów, z którą nigdy wcześniej nie miałem styczności, a będziecie mieli obraz kataklizmu, jaki się tutaj kroi. Nic dziwnego, że gruchnąłem tyłem wózka o murek pod supermarketem (no bo kto to slyszał o wciskaniu hamulca podczas zmiany biegów?), ale na szczęście stało się to po tym, jak Krzysztof zmasakrował lewą stronę auta o bramę, która postanowiła zamknąć się bez ostrzeżenia, więc może sumienie mnie nie zagryzie.

Brama żyjąca własnym życiem to zresztą niejedyny drobny mankament naszego domu, który sprawia wrażenie, jakby budowlańcy opuścili go w wielkim pośpiechu na dwie godziny przed naszym przybyciem.

P1000882 
Kafelki tutaj

P1000883 
Gaśnica tutaj

- Pokaż, jak się włącza światło na basenie - poprosiłem Kelvina. Miałem jeden ze swoich ataków amnezji i kompletnie zapomniałem, że włącznik miał jakieś przebicie elektryczne czy coś w tym stylu. Po chwili usłyszałem krzyk i zobaczyłem Kelvina rozmasowującego sobie dłoń, zupełnie jak ja wczoraj. Był bardzo smutny, bo wyglądało na to, że teraz to on będzie musiał odpalić prowizję - elektrykowi.

Odpuściłem sobie pokazanie mu naszej łazienki, gdzie jakiś dowcipniś przykleił sztampowe kafelki nad umywalką, a lustro umieścił za sedesem. Przynajmniej nauczę się jakiegoś nowego tańca przy goleniu.

Nasza wiocha, Gros-Islet, znajduje się na północnym skraju wyspy. Z okien widać kawałek Atlantyku i południowe wybrzeże Martyniki.

image

Okolica jest skalista i gołym okiem widać jak wielkiego wysiłku wymaga wyrwanie Naturze kawałka gruntu, aby jakiś milioner mógł sobie wybudować chałupę. Tutejsi budowlańcy, podobnie jak ogrodnicy, niechybnie muszą odbywać szkolenia w cyrku.

P1000722

P1000658

Podjazd do naszego domu wykonali niestety już nie dowcipnisie, lecz ludzie mściwi i zawistni. Między drogą a bramą jest taka chwila, kiedy auto pochyla się o 45 stopni. Następny przystanek  - skałki, 50 metrów niżej. Na zdjęciu tego akurat nie udało mi się złapać, ponieważ za bardzo trzęsły mi się ręce.

P1000734
Prosimy o zapięcie pasów i powstrzymanie się od palenia tytoniu aż do odwołania.

Poza tymi drobnymi mankamentami  wszystko jest naprawdę OK.
Anka, w końcu biolog z wykształcenia, dostaje spazmów ze szczęścia na widok okazów tutejszej fauny i flory.

image
To małe coś, niewiele większe od szerszenia, to koliber (w powiększeniu po lewej stronie zdjęcia)

P1000621

image

P1000700

P1000724

P1000839
Fregata - ptak na tyle rzadki w Polsce, że nikt go jeszcze u nas nie widział