Nie, nie o sporcie będzie, żałuję.
Rzeczą przekazywaną zawodnikom biorącym udział w sztafecie jest wyjątkowo jadowity wirus przeziębienia, który do domu przyniosła Alicja i hojnym gestem rozdała rodzinie.
Zaczęło się od kataru, który ponoć leczony trwa siedem dni, a nieleczony tydzień. U niej trwa(ł) od 2 maja i dzisiaj zauważyłam lekką poprawę. Może to efekt leczenia?
Katarowi towarzyszy kaszel, który nieodmiennie kojarzy się z otwockim szpitalem gruźliczym lub czterdziestoma latami nałogowego palenia. Wybór należy do Ciebie.
Wirus otworzył wrota bakteriom i obecnie cała rodzina zmaga się z armią mikrobów i nakręca koniunkturę producentom chusteczek jednorazowych.
Najdłużej walczył Adaś, ale dziś w nocy padł ostatecznie i obecnie zaliczany jest do chorych domowników. Miał fory z okazji karmienia piersią, ale to nie do końca wystarczyło. Nie sądziłam, że czteromiesięczniak może mieć taki "dorosły" kaszel...
I na koniec mała refleksja: ciężko chore dzieciaki są bardzo marudne i generalnie rzecz ujmując - trudne w obsłudze. Ale ja wolę wściekłe stado przeziębionych, rozkapryszonych przedszkolaków niż jednego lekko zaziębionego dorosłego faceta...
Niech żyje maj, słońce i pogoda! Czego i Wam życzę.
19 maja 2011
9 maja 2011
Pikuś i koza
Właśnie, pikuś to mieć jedno dziecko. Większy pikuś to mieć dwoje... Ale do rzeczy.
Od paru dni Ala została w trybie pilnym oddelegowana na placówkę przedszkolną. Wiem, że dość wcześnie, ale takie są realia i z nimi kopać się nie wypada.
Oczywiście oddanie dziecka pod opiekę obcym trochę mnie przeraziło, ale dzieć się odnalazł w nowym otoczeniu - bawi się, zjada posiłki, sypia, brudzi się, łobuzuje - słowem - wyrabia normę rasowego przedszkolaka.
I tu wracamy do pikusia. Kiedy Ala była jedynaczką wydawało mi się, że przy jednym dziecku jest kupa roboty z przewagą kupy. Pieluchy, obiadki, pranie, ulewanie, jeszcze raz ulewanie, więc zaraz i pranie... To i pierdylion innych rzeczy wypełniało mi czas od A do Z, od 24:00 do 00:00, non-stop kolor, 24/7 jak TESCO. Potem urodziłam Dziedzica i kierat nabrał rumieńców.
A teraz? O 07:30 zamykam drzwi za Arturem, Alą i pluszową kicią, karmię Juniora, odkładam do łóżeczka i... w domu panuje co? CISZA!!! Towar deficytowy, a tak pożądany. Mały bawi się w kojcu rączkami, gada pod wąsem sam do siebie, raz na jakiś czas dopomni się towarzystwa, suchej pieluchy czy żarcia, ale bardziej go nie ma niż jest.
Nikt nie piszczy, nie jęczy, nie rozwala zabawek, nie wrzuca pilota od TV do kosza, nie próbuje spuścić w sedesie szczotki do włosów, nie goni psa z zamiarami wyskubania mu grzbietu, nie domaga się czytania książki "Kto mieszka na wsi" po raz 23 tego poranka, nie przystawia się do mojej kawy, nie wciera pasty z tuńczyka w dywan, nie podkrada wody z psiej miski...
Przypomniał mi się kawał o kozie...
Od paru dni Ala została w trybie pilnym oddelegowana na placówkę przedszkolną. Wiem, że dość wcześnie, ale takie są realia i z nimi kopać się nie wypada.
Oczywiście oddanie dziecka pod opiekę obcym trochę mnie przeraziło, ale dzieć się odnalazł w nowym otoczeniu - bawi się, zjada posiłki, sypia, brudzi się, łobuzuje - słowem - wyrabia normę rasowego przedszkolaka.
I tu wracamy do pikusia. Kiedy Ala była jedynaczką wydawało mi się, że przy jednym dziecku jest kupa roboty z przewagą kupy. Pieluchy, obiadki, pranie, ulewanie, jeszcze raz ulewanie, więc zaraz i pranie... To i pierdylion innych rzeczy wypełniało mi czas od A do Z, od 24:00 do 00:00, non-stop kolor, 24/7 jak TESCO. Potem urodziłam Dziedzica i kierat nabrał rumieńców.
A teraz? O 07:30 zamykam drzwi za Arturem, Alą i pluszową kicią, karmię Juniora, odkładam do łóżeczka i... w domu panuje co? CISZA!!! Towar deficytowy, a tak pożądany. Mały bawi się w kojcu rączkami, gada pod wąsem sam do siebie, raz na jakiś czas dopomni się towarzystwa, suchej pieluchy czy żarcia, ale bardziej go nie ma niż jest.
Nikt nie piszczy, nie jęczy, nie rozwala zabawek, nie wrzuca pilota od TV do kosza, nie próbuje spuścić w sedesie szczotki do włosów, nie goni psa z zamiarami wyskubania mu grzbietu, nie domaga się czytania książki "Kto mieszka na wsi" po raz 23 tego poranka, nie przystawia się do mojej kawy, nie wciera pasty z tuńczyka w dywan, nie podkrada wody z psiej miski...
Przypomniał mi się kawał o kozie...
Pa pa! I nie wracać mi tu przed 16:00! |
20 kwietnia 2011
19 kwietnia 2011
Obrazowo mówiąc
Subskrybuj:
Posty (Atom)