4 stycznia 2009

Dzień 20

Wczoraj Anka z Darkiem zdali egzamin na prawo jazdy (poszlo im tak samo gładko jak nam), więc z samego rana wręczam Darkowi kluczyki od auta. Sam postanawiam zawrzeć w końcu bliższą przyjaźń z synami i córkami tutejszych browarów.

Odwiedzamy naszą znajomą - Anse La-Raye, lecz tym razem przed wjechaniem do wioski odbijamy w polną drogę wiodącą przez dżunglę. Drogowskazy i miejscowi mówią, że jest tam jakiś wodospadzik. Nie prowadzę auta, więc mogę uwieczniać tropiki.

P1020260

P1020329

P1020321

Na miejscu okazuje się, że wodospad River Rock jest czynny, ale należy wykupić bilety. W zamian można się przekąpać.

P1020278

P1020318

P1020292

P1020307

DSC_0328

Czy widzieliście kiedyś wieloryba pod wodospadem?

P1020376

Spacer przez dżunglę owocuje odkryciem: grejpfrutów nie trzeba kupować w supermarkecie, można je sobie zerwać prosto z drzewa.

P1020374

P1020377

P1020301

P1020371

P1020308

Wracamy do wioski. Ludzie tutaj może żyją biednie, ale humor im dopisuje.

P1020423

P1020426

P1020415

P1020424

P1020427

P1020428

W drodze powrotnej do domu zbaczamy do Marigot Bay podziwiać widoki. Spotykamy miejscowego artystę, który podręcznik marketingu ma w małym palcu i zaopatrujemy się u niego w koszyki.

image

P1020438

P1020441

Las namorzynowy. Nie wiem, o co chodzi, ale mojej Ance zmiękły nogi.

P1020451

P1020458

3 stycznia 2009

Dzień 19

Po trzech tygodniach oboje z Anką czujemy się jak guru w sprawach wyspy. Anka jasno i rzeczowo wyjaśnia nowoprzybyłym, że tutejsze żaby, które uwielbiają być spotykane w łazience, nie są wcale jadowite, ja natomiast bezceremonialnie wykorzystuję sytuację.

- Problemem tutaj są wszechobecne jaszczurki - wyjaśniam Darkowi i Ance - Niegroźne, ale kradną jedzenie w kuchni. - Nowi kiwają głowami, że rozumieją, idę więc za ciosem.

- Tubylcy wyhodowali sobie tutaj gatunek mięsożernych kanarków, trochę większych niż te, które znamy z naszych sklepów zoologicznych. I wyobraźcie sobie, że od małego tresują je do wyłapywania tych jaszczurek - staram się mówić poważnie. Jestem podły, naprawdę podły.

Pierwszego dnia po przylocie zabraliśmy Ankę z Darkiem do Castries na słynne miejskie targowisko, gdzie turyści są nie tyle łupieni, co wręcz kastrowani z gotówki. To chyba jedyne takie miejsce, skąd człowiek wychodzi zadowolony, choć mówi sopranem.

P1020139 

P1020130

Dziewczyny w szczególności zainteresowało stoisko z przyprawami, które dla mnie wyglądało jak zestaw młodego czarownika voodoo.

P1020133 

Po południu - tutejszy standardzik: plaża, leżak, morze i tutejsze piwo Piton. Zabraliśmy również dzieciaki.

P1020198

P1020191

Na widoki takie, jak te poniżej, moja żona mówi: jest dobrze, ale nie beznadziejnie.

P1020204

P1020206

2 stycznia 2009

Dzień 18

Dzisiaj przylecieli Anka z Darkiem. Jak tak dalej pójdzie, utworzymy na wyspie mniejszość narodową i zażądamy przywilejów.

Oboje z Anką wybraliśmy się na lotnisko tą samą trasą, co wczoraj. Na lotnisku moja żona zareagowała strasznie nerwowo, gdy chciałem zacząć robić zdjęcia.

- Nie masz szczęścia do lotnisk, nie wychylaj się - zażądała.

Tak więc - sorry, guys - dzisiaj zdjęć z wyspy nie będzie.

Na lotnisku zetknęliśmy się z kolejnym przykładem wyspiarskiego "live slow" - samolot był spóźniony już ponad pół godziny, a na ekranie monitora w poczekalni wciąż świecił się napis "On time".

Przy kolacji i po pierwszej butelce wina uświadomiliśmy sobie, że powstał drobny problem logistyczny - pod jednym dachem mamy teraz trzy Anie. Jak je rozróżniać? Druga butelka przyniosła zalążek rozwiązania - ponumerujmy je! Wszystkie trzy stanowczo zaprotestowały; widocznie każda chciała być numerem jeden. Dziwne są te kobiety.

Po kolejnych dwóch butelkach i kilku innych pomysłach osiągnęliśmy porozumienie: od teraz mamy małą Anię, Anię darkową i Anię arturową. Sprytne, co? To niewątpliwe zwycięstwo synaps nad związkami etylowymi postanowiliśmy uczcić piątą butelką wina.

Następnego dnia rano strasznie żałowałem, że nie związałem się z jakąś Marcychną.

1 stycznia 2009

Dzień 17

Dziś Nowy Rok. Postanowiliśmy spędzić go na kolejnej wyprawie w nieznane. Tym razem na atlantycką stronę St. Lucii.

Przezornie sprawdziliśmy stan baku naszego autka, ponieważ nie wiedzieliśmy, jak wyspiarze świętują: wszyscy, czy też są tacy, którzy pracują, aby świętować mógł ktoś. Byli tacy.

Zatankowani do pełna ruszyliśmy przez Castries na wschód. Znów plantacje bananowe, potem las deszczowy z drzewiastymi paprociami. Całe szczęście, że nie jestem botanikiem, bo Artur musiałby pewnikiem zostawić mnie w krzakach przy drodze i litościwie odebrać w drodze powrotnej.

P1010976

P1020083

Widoki po atlantyckiej stronie wyspy są inne - klimat jest tu chyba bardziej surowy (o ile w tych warunkach można mówić o takowym...). Silne wiatry znad oceanu powodują karłowacenie roślin i przesuszają glebę. Pojawiają się nawet sukulenty. Ale i tak jest pięknie...

P1020035

P1020040

P1020039

P1020059

Po  mniej wiecej godzinie dotarliśmy do Fort Vieux, gdzie dopadła mnie nagła potrzeba kąpieli w Atlantyku. Jak kiedyś komuś wspomnę, że w Nowy Rok kąpałam się w oceanie, to niechybnie pomyśli, że zapisałam się do Klubu Morsa. Uczciwie powiem, że woda miała około 28 stopni Celsjusza.

P1020064

P1020066

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Ogrodzie Botanicznym.

P1020080 

P1020094

P1020095

P1020109 

P1020113

W Ogrodzie znaleźliśmy małą knajpkę serwującą napoje i gorące kanapki. Zamówiliśmy lunch, a na deser ciasto bananowe. Nie wspomnę, że obsługa działa tu z iście wyspiarskim spokojem i we własnym tempie. To mnie już nie dziwi. Kiedy w końcu kanapki i ciasto zlądowało na naszym stoliku, na pobliskim krzaczku (nasz stolik stał na werandzie w ogrodzie) pojawiła się lokalna wersja wróbla i zaczęła głośno domagać się swojego udziału w posiłku. Ptaszyna z wdzięcznością przyjęła kawałek tosta, ale najwyraźniej miała chęć na ciasto. Kiedy Artur poczęstował Ćwirka kawałkiem, zaczęły się dziać rzeczy dziwne.

Na drewnianej podłodze pojawiła się niewielka jaszczurka, głośnym tupotem przegoniła znacznie większego od siebie ptaka i zaczęła łakomie zerkać w stronę ciasta.

W błyskawicznym tempie zrewidowałam swoją wiedzę w zakresie upodobań kulinarnych gadów i w żaden deseń w ich menu nie znalazłam ciasta bananowego.

Nie wiem, czy to ta wyspa, czy może nie jestem już w stanie odróżniać jawy od sennych mar, ale jaszczurka zaczęła z głośnym mlaskaniem wcinać ciacho. Zdjęcie nie jest najlepszej jakości, bo trzęsły mi się ręce.

P1020099

Potem przyszli Japończycy z aparatami i jaszczurka uciekła. Może i dobrze?