17 marca 2010

Rękodzieło

- Jak myślisz, co to jest? - pytam ślubnego prezentując mu ostrożnie produkt dwudniowego dziergania na drutach.

- Czapka... - stwierdza po chwili wahania i z nadzieją w głosie Artur. Udaję, że nie słyszałam znaku zapytania na końcu zdania.

- Bingo! Wygrał pan wycieczkę do kuchni po kawę! - wykrzykuję z ulgą i łzami szczęścia w oczach. Nie jest jeszcze tak źle, skoro niewprawne oko tak doskonale oceniło moje rękodzieło. Poprzedniczkę rzeczonej czapki wydziergałam parę dni wcześniej, po czym radośnie wyprałam w pralce i odwirowałam w 1200 obrotów... Teraz czapkę Alicji możemy nosić razem z Arturem jednocześnie i jeszcze jest luźna... Taka rodzinna czapka mi wyszła.

- Ale jest jeden mały problem. - ciągnie niepewnie myśl. - Jeśli ty i moja szlachetnie urodzona siostra zamierzacie kontynuować proceder produkcji na drutach ubranek dziecięcych, to nasza córka będzie najbardziej obciachowo ubraną dziewczynką w przedszkolu i inne dzieci będą się z niej śmiać. A rodzice tychże - z nas...

Zupełnie nie wiem, o co mu chodzi, w końcu powiedział, że czapka!


...czapka cioci Sylwii...

...komplecik...

... o rany, mama znów robi na drutach!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza