7 lipca 2011

W małżeńskim łożu

Zwyczajny wieczorny kierat: Adaś do wanny, Alicja kąpie brata, brat wyje, Ala się śmieje, Adaś wycierany, Ala wyje, bo też chce do wanny, Ala w wannie, Adaś je kolację, Ala suszona i przebierana w piżamę, Adaś w łóżeczku wyje, bo nie dojadł, Ala jęczy, że woli bułę i nie chce myć zębów, Adaś dojada, Ala w łóżeczku protestuje, że nie chce spać, Adaś nażarty śpi, Ala kapituluje i dołącza do brata... Uff... można po cichu wyjść z dziecięcego pokoju i odpocząć.

Kiedy już udaje się nam doczołgać do małżeńskiego łoża, szeptem odzywa się Artur:

- Byłaś sprawdzić u dzieci?
- Jasne. - odpowiadam jeszcze ciszej.
- Ala śpi?
- Tak.
- A Adaś śpi?

No i nie wiem, co mnie podkusiło, żeby zamiast jedynej słusznej odpowiedzi palnąć:

- Nie, nie śpi. Stepuje.

Po ułamku sekundy konsternacji, oboje wybuchnęliśmy gromkim śmiechem.

A Adaś, cóż - przestał stepować i zaczął wyć...

4 lipca 2011

Oczy niebieskie mówią wprost...

- Ale ona jest do pana podobna! - zachwyca się pani w kolejce, w której razem z Arturem i Alą tracimy kolejne minuty młodości.
- Naprawdę, kropka w kropkę cały tatuś - wtóruje jej pan stojący przed nami. Artur pęcznieje z dumy, a ja już przywykłam, że matką dla niektórych to ja jestem raczej w papierach, a nie w genach.

Ale, ale... Był taki moment, kiedy znajomi i nieznajomi, na widok naszej rodziny, śpiewali inną piosenkę: "Ale podobna do taty, ale oczy ma po mamie". Zupełnie, jak Harry Potter... Miło mi było, jak w Wigilię, ale niezmierna natura pozbawiła mnie i tej ostatniej, małej radości... Oczy Ali... zieleniały, na podobieństwo tatowych (choć ten, daltonista z urodzenia, kazał sobie wpisać w stary dowód, że oczy ma piwne...).

jeszcze na niebiesko

zielono jej...

Cała nadzieja w Adasiu, który postanowił płynąć pod prąd i nie upodabniać się do nikogo. Chociaż parę dni temu, robiąc czterdziestą drugą rundę po osiedlu (w celu uśpienia syna), zaczepiła mnie pani sprzedająca gazetki w naszym kiosku.

- Pani Aniu, pani podejdzie na chwilę! O, fajnie, bo wie pani, że ja jeszcze synka to nie widziałam. Znam Alę (o, jaka ona do ojca podobna!), ale małego jeszcze nie widziałam. O, jaki duży! A jaki do taty podobny!

Nadziejo, Matko Głupich!

27 czerwca 2011

Może morze

Miało być morze. Chrzest bojowy w podróży z dwójką Gnomów Ząbkujących. Taki wakacyjny surwiwal.

Nie udało się. Pogoda nad morzem się na nas obraziła, temperatura spadła poniżej 20 stopni C, na okrasę zaczęło lać. Postanowiliśmy nie jechać nad Bałtyk ale nad Wisłę, do Dziadków.

Być może dzieciaki żałują. Że nie było babek z piasku, słonej fali, flądry z frytkami (to szczególnie Alicja) i akcji "odpieluchowanie na plaży". Może nie było lodów z piaskiem, odpuszczania wieczornej kąpieli i spania w łóżeczku turystycznym... ale...

Rodzice mieli najlepsze wakacje od lat.

Z racji wyposzczenia Dziadków z powodu długiego niewidzenia wnucząt, rzucili się na nie z apetytem. Dzięki temu udało się nam chwilowo scedować prawa rodzicielskie na Dziadków i tylko we dwoje pójść do kina i na kolację do restauracji... I choć tuńczyk z grilla był spalony na wiór, a krokiety ziemniaczane niekoniecznie dobrze komponowały się z rybą, było cudnie.

Na wspaniałe wakacje nie trzeba wcale wyjeżdżać na Seszele czy inne Bali. Wystarczy zrobić sobie dwójkę dzieci, raz na sto lat oddać pod opiekę Dziadków i cieszyć się tak uzyskaną wolnością. Życie od razu nabiera smaku.