12 listopada 2009

Independence Day

Wczoraj Anka ze Zwierzątkiem zostały odwiezione do jej rodziców. Do auta udało mi się również wepchnąć Pajdę. Uff.

Myślałem, że będę miał luz i w końcu uda mi się wyspać. Myślałem tak przez dokładnie dwie godziny, a później zacząłem za nimi strasznie tęsknić. Dupa zbita. No nic, w sobotę dojadę do nich.

Wieczorem z kolei ja udałem się do swoich rodziców - na uczczenie narodzin ich pierwszej wnuczki. Nie powiem, było dość hucznie; dzisiaj moja staruszka - święta kobieta! jak nigdy nie dotyka alkoholu, tak wczoraj nie stroniła od whisky - stwierdziła, że jeżeli te wszystkie toasty za zdrowie małej będą miały przełożenie na rzeczywistość, to nie ma mowy, żeby Alicja kiedykolwiek zachorowała.
Ze wstydem muszę tutaj przyznać się, że nie do końca pamiętam jak trafiłem do domu. Tylko trochę pomaga mi świadomość, że mój staruszek też w zasadzie niewiele pamięta.

Dzisiaj po południu stanąłem przed dylematem: muszę pojechać do Warszawy, a nogi po wczorajszym mam jeszcze trochę galaretowate. Udałem się zatem na komisariat i poprosiłem o możliwość "dmuchnięcia". Wynik: piękne, cudowne, rozgrzeszające 0.00. Gliniarz wyglądał na jeszcze bardziej zaskoczonego ode mnie, więc pewnie nie prezentowałem się zbyt ciekawie...

A małą dzisiaj oglądał i mierzył pediatra. Skubana, w dwa tygodnie przybrała ponad kilogram na wadze - przekazała mi podekscytowana Anka. Też mi wielkie mecyje: dziecko idzie w ślady rodziców, tak czy nie?





26 października 2009

Stado!

No i stało się - jesteśmy we trójkę (nie licząc psa).
20 października o godz. 17:34 przyszła na świat Alicja.

Alicja na początku była brzydka jak Whoopi Goldberg w trakcie demakijażu, ale po kilku godzinach położne ją umyły i już było zupełnie fajnie.

Anka z małą pozostały w szpitalu przez cztery dni, w trakcie których ze wszystkimi portierami i ochroniarzami w placówce przeszedłem na "ty", co okazało się o tyle przydatne, że nie miałem problemów z parkowaniem na terenie szpitala, a dzięki cwanemu zielonemu wdzianku mogłem odwiedzać obie swoje dziewczyny również poza oficjalnymi godzinami (położne udawały, że mnie nie widzą). To taka mała podpowiedź dla przyszłych ojców.

Coś wam powiem na temat tzw. porodu rodzinnego: nikt i nic nie jest w stanie przygotować was na taki ładunek emocji.
Anka zadzwoniła do mnie we wtorek krótko po dziesiątej:

- To jest TEN telefon.

Godzinę później byłem już na bloku porodowym.
Pięć sal porodowych; z każdej dochodzą wrzaski, jakby żywcem obdzierano tam ludzi ze skóry. Na razie nie pękam, melduję się w rejestracji, znajduję Ankę.

To, co się dzieje w sali przez następne cztery godziny to National Geographic Channel do potęgi dziesiątej. W końcu poród dochodzi takiego etapu, kiedy można zawołać anestezjologa. Dostajemy godzinę spokoju.

Zaczyna się właściwa akcja. Szlag trafia znieczulenie i spokój, personel medyczny już nie opuszcza sali. Wszyscy wrzeszczą na Ankę, żeby parła, a potem oddychała. Kiedy w końcu jedna z położnych krzyknęła "Widzę główkę i ciemne włoski", o mało nie zjechałem na podłogę. Modliłem się, żeby wkopano mnie od stół i zajęto się Anką.

A później nagle wszystko się uspokoiło. Jedna z pielęgniarek prosi "dzielnego tatusia" (mnie, znaczy się), aby dokonał swojego obowiązku. Przecinam pępowinę. Po chwili rozlega się krzyk noworodka, a ja kompletnie się rozklejam.

- Czy pan się dobrze czuje? - na pytanie położnej jestem w stanie tylko kiwnąć głową.

Dwie godziny po porodzie, wciąż w tej samej sali, Anka stwierdza: myślałam, że będzie gorzej. Jakieś pytania?

Reszta, jak to się powiada, jest już historią. Jesteśmy w domu, sypiamy na zmianę (wachty) i czasami tylko śmiejąc się narzekamy, że szpital nie dał nam instrukcji obsługi do małej i wszystkiego się uczymy.




Ps. Tą drogą pragniemy przekazać najszczersze podziękowania lekarzom i położnym ze szpitala przy ul. Madalińskiego w Warszawie

16 lipca 2009

Reaktywacja

Działo się przez tych kilka miesięcy, oj działo.
Gdzieś tak w połowie lutego Anka po powrocie z podróży służbowej do Moskwy otwiera mi drzwi mieszkania.

- Jestem w ciąży - oświadcza, a ja zastanawiam się, czy ruski kawior nie jest przypadkiem lepszy od in vitro.

Ciupasem kończymy remont mieszkania; na łazienkę nie starcza już pieniędzy, więc odkładamy ją na później. Ważne, że kuchnia jest skończona i działa.

Przyszli dziadkowie dostali małpiego rozumu na wieść o ciąży Anki. Długo musiałem przekonywać teściów, że rowerek dla dziecka kupuje się sporo później.

W marcu wybrałem się z szefem na Hel - na dorsze. To była moja pierwsza morska wyprawa na ryby. Gdyby kiedykolwiek na pokładzie kutra oferowano wam "herbatę z prądem", nie odmawiajcie - będzie mniej kołysało.







Syn szefa wyciągał jedną po drugiej same krowy, a ja zastanawiałem się skąd wytrzasnąć pieniądze na własny kuter. Od totalnej kompromitacji w domu uchroniła mnie wizyta w centrali rybnej.

W kwietniu Ankę czekała kolejna delegacja, tym razem na Ukrainę. Przed wyjazdem mieliśmy kolejną wizytę u weterynarza (czyt. ginekologa-położnika), w czasie której poprosiłem o zaświadczenie o ciąży, aby Anka nie musiała przechodzić przez bramki RTG na lotniskach. Rzecz jasna nie uprzedziłem jej, z czym może się liczyć machając tym świstkiem przed oczami pograniczników.

- Ty wiesz co? - dzwoni do mnie poruszona z hotelu w Kijowie. - Miałam osobistą na Okęciu!

Ciąża żony momentami bywa uciążliwa dla męża. Wiosna upłynęła mi na przekonywaniu Anki, że nie każdemu może odpowiadać wątróbka w miodzie czy śledzie w czekoladzie. Najnowsze odkrycie kulinarne: paprykarz szczeciński w ilościach cateringowych.